Jak ktoś może zauważył (choć to mało prawdopodobne, bo mam zerowe statystyki odwiedzin), nie pisuję tu zbyt często. Wielokrotnie, w ciągu ostatnich miesięcy, planowałem coś tu "skrobnąć", ale zawsze gdy się do tego zabierałem - poddawałem się i rezygnowałem.Myślę, że powodów jest kilka. Chciałbym, żeby to pisanie mi jakoś pomagało, poprawiało mi humor. Niestety cokolwiek bym tu pisał, jakoś nie sprawia, że wszystko jest ok, a chyba tak to sobie wyobrażałem.
Jednak bywają dni, w które nawet ten blog, niemy i bezduszny świadek moich "chorych" stanów emocjonalnych, jest mi jedynym towarzyszem. Jest wygodny, nie krytykuje, nie wysyła na terapię itd. Dziś jest właśnie taki dzień. Chciałbym tu "wylać" całe swoje wnętrze, ale tak się chyba nie da. Mam wrażenie, że to bez sensu.
Wyznam, że celowo bardzo rzadko pisze o wierze w Boga (choć to chyba najistotniejsza sprawa w moim życiu), ale w takim stanie, jaki aktualnie przeżywam, nie widzę innej pomocy, jak tylko modlitwa. Znów dopadł mnie rozstrój emocjonalny, a ja szczerze nienawidzę tego stanu. Jest nie do zniesienia. Jestem przeraźliwie nadwrażliwy na swoim punkcie oraz swoich kompleksów.
Odkrywam, że celem wszystkiego, co robię jest tak naprawdę zaspokojenie jednej mojej potrzeby - by z kimś być, mieć kogoś do kochania i by kochał mnie. A że wszystko, co robię, to niestety o wiele za mało - efekt jest jaki jest i frustracja we mnie narasta.
Tak sobie czasem czytam, co tu wypisuję i wydaje mi się, że wiem, co bym powiedział komuś, gdyby przyszedł do mnie z takim gadaniem i z takimi problemami, ale kiedy tym kimś jestem ja, wtedy sprawa wygląda już inaczej. Nie rozumiem o co chodzi w życiu, nie wiem dlaczego wszystko się pieprzy, a ja jestem taki beznadziejny. Chciałbym żyć inaczej...
Tyle pitolenia na dziś... Jutro nowy dzień (jak Bóg da) i nowe schizy :)