
Boję się. Wieczór szary, smucone
niebo rozchyla się jak usta martwego człowieka.
Moje serce jest płaczem księżniczki rzuconej
w głąb pustego pałacu, gdzie nic jej nie czeka.
Boję się. Taki jestem znużony, niknący,
żem jest echem tej pory, a nie myślą o niej.
Od mej zmęczonej głowy stroni sen krzepiący.
i na niebie też żadna gwiazda nie zapłonie.
A jednak w moich oczach trwa ciągle pytanie
i krzyk zrywa się z ust mych, choć one nie krzyczą.
Któż na świecie usłyszy to smutne wołanie,
kto na ziemi bez końca jest samą goryczą?
Cały wszechświat umiera, ma śmierć bezbolesną,
bez święta słońca, zmierzchu zielonego.
Dogorywa już Saturn jak troska niewczesna,
ziemia to owoc czarny, gdzie wżarło się niebo.
I w rozległościach pustki ślepe chmury płyną
jak błędne łodzie, które goszczą skrycie
upadłe gwiazdy i poją je winem.
Martwy świat pada prosto w moje życie.
Pablo Neruda